Lustrzane odbicie

Gramy do jednej bramki

Pracują przy projektach w skrajnie różnych rolach. Ale wiele ich łączy w podejściu do pracy. Widać, że grają do tej samej bramki. DOROTA UFEL pozyskuje unijne fundusze, a TOMASZ MROZOWICZ kontroluje, jak beneficjenci z nich korzystają.

 

Dorota Ufel, naczelnik Wydziału ds. Funduszy Zewnętrznych, Urząd Miasta Zielonka

Dorota Ufel ze słuchawkami, fot. Franek Mazur

Dorota Ufel – absolwentka Wydziału Menedżerskiego Wyższej Szkoły Handlu i Prawa oraz Europejskiego Studium Finansowania Inwestycji Samorządu Terytorialnego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Do Urzędu Miasta w Zielonce trafiła na staż absolwencki w 2003 r. i… tak już zostało. Dziś nie wyobraża sobie innej pracy. Jej wydział zrealizował kilkadziesiąt projektów przy współfinansowaniu zewnętrznym, w tym ok. 18 współfinansowanych ze środków UE (POKL, RPO WM, POIiŚ, POIG). Choć urodziła się w Warszawie, to Zielonkę nazywa swoim miejscem na ziemi – od zawsze i na zawsze. Prywatnie – mama dwójki dzieci (11 i 8 lat), pasjonatka programów kulinarnych i gotowania oraz spacerów i wycieczek rowerowych.

 

Pozyskiwanie funduszy to wyzwanie? Stres i adrenalina? A może nuda i rutyna?

Na pewno nie nuda! Choć patrząc na tę pracę przez pryzmat urzędów i urzędników, których jak najbardziej reprezentuję, można pokusić się o pytanie: a co w tej pracy może być ekscytującego? W końcu zgodnie ze stereotypem urzędnika, urzędniczy świat powinien się kręcić wokół kawy i pogaduszek, a zapewniam, że praca współczesnego urzędnika (nie tylko „pozyskiwacza”) nijak ma się do tego obrazu…

Tak więc adrenalina? Stres? Wyzwanie?

W „branży” osób pozyskujących fundusze chyba każdy odpowie, że wszystkiego spośród wymienionych w Twoim pytaniu, w naszej pracy jest po trochu, choć w zależności od tematu i konkretnych sytuacji proporcje poszczególnych składników mogą być różne.

Typowy dzień jest zawsze nietypowy. A wydziały pozyskiwania funduszy to już jest prawdziwa jazda kolejką górską. Każdy projekt to nowy start, nowy proces, który wymaga od nas nauki de facto od zera – tak na etapie składania wniosku, jak i jego realizacji.

Powiedziałabym, że wszystko zaczyna się od wyzwania, któremu od samego początku i do samego końca towarzyszy wiernie adrenalina, a w wielu przypadkach również stres. Wyzwaniem jest m.in. przygotowanie dobrego projektu i wniosku o dofinansowanie, a im np. krótszy czas na złożenie wniosku, tym zwiększa się prawdopodobieństwo wystąpienia sytuacji stresowych, a stężenie adrenaliny we krwi wzrasta. Emocje trzymają nas dość intensywnie aż do ostatniego kroku, czyli „kliknięcia” – do momentu, gdy wniosek znika po naszej stronie generatora.

ciąg dalszy rozmowy z Dorotą Ufel

Ale lubisz to szaleństwo?

Chyba nie dałoby się wykonywać dobrze tej pracy, nie lubiąc jej. Ja „niestety” bardzo ją lubię ku utrapieniu mojej rodziny, która nierzadko pada ofiarą mojej pracy w domu czy też na urlopie. W tym szaleństwie mam jednak wszystko to, co potrzebne do zawodowej satysfakcji – bardzo dobre miejsce pracy, ciekawe projekty, a przede wszystkim świetny zespół.

Twój ulubiony etap projektu? Gdy przychodzą pieniądze?

Dofinansowanie to już przysłowiowa wisienka na torcie – potwierdzenie, że wszystko się udało i idzie zgodnie z planem. Często powtarzam, że sztuką, a bywa, że i sporym wysiłkiem jest napisać dobry wniosek, ale jeszcze większym wyzwaniem – go zrealizować i tak rozliczyć, aby kontrolujący na zakończenie z uśmiechem gratulowali, a nie wskazywali listy niezgodności, tudzież uchybień. Osobiście najbardziej lubię właśnie fazę pisania wniosków – jest w niej coś magicznego, gdy ma się świadomość, że startując od zera, od czystej kartki papieru, tworzy się wizję, która przy współfinansowaniu ze środków zewnętrznych realnie może zmienić jakość życia mieszkańców.

Traktujesz projekty jak swoje dzieci? Chodzisz po mieście i mówisz „to moje!”?

Nie lubię się chwalić, ale rzeczywiście traktuję projekty bardzo osobiście i zawsze się z nimi identyfikuję. Zawsze jest mi miło, gdy ich efekty spotykają się z uznaniem. Rosnę wtedy w siłę i nabieram apetytu na kolejne projekty. Ale to „matczyne” przywiązanie ma i drugą stronę medalu: bardzo przeżywam i osobiście odbieram, gdy coś się nie udaje.

Porażka w Twojej „branży”, jak sama ją nazywasz, to…?

Sytuacja, gdy nie otrzymujemy dofinansowania dla projektu z naszej winy, czyli gdy wniosek przepada z powodów formalnych. Na szczęście takie przypadki mogę policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli nie „łapiemy się” na dofinansowanie z powodu ograniczonej alokacji, traktuję taki projekt w kategoriach lekcji, ale też swoistego banku pomysłów, które mogą być wykorzystane w kolejnych przedsięwzięciach.

Przykładowo teraz wraz z ościennymi gminami realizujemy w ramach ZIT WOF projekt budowy ścieżek rowerowych i bardzo przydają się dokumentacja, doświadczenia czy pomysły z wcześniejszych projektów.

Dziesięć lat pracy, kilkanaście projektów rocznie. A wśród nich na pewno te ulubione. Które?

Bardzo mnie cieszy ostatni dofinansowany – termomodernizacja Szkoły Podstawowej nr 3, ostatniego z budynków użyteczności publicznej w Zielonce, który wymagał gruntownego docieplenia. Szczególnie cenię sobie także projekty rowerowe przerabiane obecnie w ramach ZIT WOF – zaczynaliśmy od partnerstwa 4 gmin (które realizuje już jeden dofinansowany projekt), a teraz w kolejnym konkursie rozszerzyliśmy grono o 3 kolejne gminy.

Generalnie najwięcej satysfakcji przynoszą te projekty, które – nie będę tu pewnie oryginalna – zostawiają trwały ślad. Jestem wielką fanką komplementarności działań – bardzo wierzę w to, że największy sens mają te inicjatywy, które wpisują się w większą całość lub dają początek kolejnym działaniom na rzecz mieszkańców. Nie umiem sobie już dziś wyobrazić Zielonki bez inwestycji współfinansowanych ze środków zewnętrznych – z funduszy unijnych i innych.

Czyli instrument Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych to dla Ciebie błogosławieństwo, a nie kara?

Jeśli „kara”, to tylko w aspekcie dodatkowych obowiązków biurokratycznych spadających na gminnych koordynatorów ZIT, ale to niewielki koszt w porównaniu z dobrodziejstwem ZIT-ów. Dziś je doceniam – bo, oczywiście jak większość osób, w ich początkach podchodziłam do nich jak do jeża. Wtedy nam wszystkim wydawało się, że bardzo trudno będzie znaleźć kompromis między potrzebami dużej Warszawy i dużo mniejszych gmin ją okalających. Ale mimo wszystko udało nam się wypracować dobry konsensus, temat ruszył i zaczyna przynosić wymierne efekty. Nauczyliśmy się ze sobą współpracować, doceniamy efekt synergii – tego, że nie trzeba walczyć o to samo i konkurować z sąsiadami. Lepiej łączyć siły i przy wspólnym celu realizować własne zadania. ZIT-y to bezcenna lekcja, która już zawsze będzie procentować i niezależnie od tego, czy instrument ten znajdzie się w kolejnej perspektywie finansowej UE, czy nie.

Z jakimi trudnościami najczęściej się borykasz?

Najtrudniejszy do przewidzenia jest zawsze tzw. czynnik ludzki – a w naszej pracy to on odpowiada za 99,9% sukcesu. Gdybym miała magiczną różdżkę, użyłabym jej do usprawnienia systemu komunikacji i przepływu informacji pomiędzy wszystkimi stronami zaangażowanymi w tematy „funduszowe”. Zaoszczędzilibyśmy sobie wszyscy wiele pracy, gdybyśmy się lepiej nawzajem rozumieli i jasno wiedzieli, jakie są oczekiwania i możliwości drugiej strony.

Z tą wiedzą i doświadczeniem, które posiadasz, podjęłabyś się kontroli jakiegoś dużego projektu?

Myślę, że tak. Powiem więcej, wydaje mi się, że dla szefostwa mogłabym być dobrym, ale dla kontrolowanych dość „męczącym”, żeby nie powiedzieć „upierdliwym” kontrolującym. I nie chodzi mi tu absolutnie o złośliwość. Znam pracę urzędników, a pozyskujących fundusze szczególnie. Uczestniczyłam również w realizacji i rozliczeniu wielu różnych projektów. To wszystko daje pewien bardzo konkretny obraz. Znam momenty krytyczne projektów, pamiętam też swoje potknięcia, a to powoduje, że jako kontrolujący dość intuicyjnie mogłabym trafić w te punkty, którymi nie chciałaby się chwalić strona kontrolowana…

I tak sobie teraz myślę, że w sumie dobrze byłoby chwilę pobyć w butach kontrolującego. Wyobraź sobie, jaką cenną wiedzę można byłoby posiąść o tym, „czego w projektach unikać”.

Co Cię najskuteczniej odstresowuje?

Muzyka! Ulubione melodie i piosenki odbierane w dość gęstym stężeniu decybeli – to jest to. Muzyka towarzyszy mi cały czas – w wolnych chwilach, w drodze do i z pracy, ale też podczas niej. W biurze musi w tle brzęczeć radio, bo wtedy po prostu lepiej mi się myśli, a w sytuacjach stresowych i tych naprawdę podbramkowych ratują tylko te najukochańsze nuty i rytmy… Wtedy delikatnie podkręcam głośność i po 3-4 minutach muzykoterapii napięcie opada. W domu natomiast najlepszym remedium na stres jest czas spędzany z najbliższymi – mężem i dwójką dzieci. Szkolne opowieści, radość z sukcesów tanecznych córki i sportowych syna skutecznie wyłączają myśli o pracy.

Jakie masz pasje?

Oglądam programy kulinarne i zbieram inspiracje do nowych wyzwań obiadowych. Bardzo lubię gotować, ale na co dzień przeważnie wyręcza mnie w tym mąż, który po prostu wcześniej wraca do domu. Ja praktykuję zazwyczaj weekendami i jak już gotuję, to na pewno z pasją i to tak ogromną, że dość rzadko na talerzach domowników ląduje to, co widziałam na ekranie TV. I nie chodzi o to, że nie wychodzi, tylko jeśli nawet korzystam z zapamiętanego przepisu, to przeważnie poddaję go ostremu tuningowi podczas gotowania. Tak więc, jeśli docelowo nie jest to, co mnie zainspirowało, to szczęśliwie moje dotychczasowe kulinarne eksperymenty trafiały w podniebienia domowników.

A moje wolne chwile to spacery, np. po pobliskim lesie – od niedawna również z psem. Całą rodziną uwielbiamy również wycieczki rowerowe po naszych zielonych zielonkowskich okolicach.

Rozmawiała Małgorzata Remisiewicz 

 

Tomasz Mrozowicz, inspektor w Wydziale Kontroli Projektów EFS

Tomasz Mrozowicz z gitarą, fot. Franek Mazur

Tomasz Mrozowicz pochodzi z Radomia i zawsze chętnie wraca w rodzinne strony – na obiad do mamy. Jak mówi: „czas tam wolniej leci i nie ma tego warszawskiego pędu”. Tam też ukończył studia na kierunku administracja. Wcześniej, w technikum, wybrał mechatronikę – wiedza techniczna przydaje się w życiu codziennym oraz przy kontrolach twardych projektów. Wydział, w którym pracuje, liczy 27 osób i na przestrzeni 10 lat zrealizował ponad 3 000 czynności kontrolnych. Jego największą pasją zawsze była i jest muzyka – gra na co dzień na basie w trzech zespołach (The Primes, Fractal, Zamach Stanu). Z The Primes regularnie koncertuje, mają na koncie pierwszą płytę.

 

Jak muzyk został urzędnikiem?

Muzyka zawsze była w moim życiu ważna, gram w zespołach od I klasy technikum, czyli już połowę życia. Aktualnie mam trzy kapele: The Primes, Fractal i Zamach Stanu. Zawsze jednak wiedziałem, że muszę mieć „drugie życie”. Nie tylko dlatego, że w Polsce bardzo trudno utrzymać się z grania, ale też dlatego, że lubię różnorodność. Z różnych doświadczeń wynoszę wartościowe lekcje i inspiracje. Pracę w MJWPU rozpocząłem w 2011 r., jeszcze na studiach, po kilku miesiącach trafiłem do kontroli – i… nie wyobrażam sobie innej pracy. Śmiało może rzec, że po ponad 6 latach dalej jest to praca, a nie robota.

Kontrola to dla Ciebie… wyzwanie? stres? rutyna?

Pierwsze skojarzenie to ciekawość – świata i ludzi. Od strony formalnej nasza praca jest stosunkowo ustandaryzowana – mamy swoje wytyczne, stały zestaw dokumentów do kontroli, informacje pokontrolne mają zbliżoną zawartość etc. To, co przydaje tej pracy nieprzewidywalności i sprawia, że nie sposób się nudzić, to właśnie ludzie. Każdy projekt to szansa na poznanie ciekawego, wartościowego człowieka. Nierzadko okazuje się, że ów prezydent, burmistrz, wójt czy prezes firmy, którego mamy skontrolować, ma jakąś rzadką pasję, ciekawe doświadczenia życiowe, nietypową ścieżkę zawodową. Inspiruję się tym nieustannie, doskonaląc się zawodowo, ale też prywatnie.

ciąg dalszy rozmowy z Tomaszem Mrozowiczem

Jak wygląda Twój typowy tydzień pracy?

Jestem kontrolerem wyjazdowym, gros pracy wykonujemy na Mazowszu. Zawsze pracujemy w parach. Zazwyczaj w tygodniu mamy jedną kontrolę planową – to z reguły trzy dni kontroli u jednego beneficjenta. Do tego dochodzą kontrole doraźne oraz wizyty monitoringowe. Zdarzają się szalone miesiące, jak w maju i czerwcu tego roku, gdy przeprowadzaliśmy po 7-8 planowych kontroli.

Dopasowujemy harmonogram prac elastycznie, często pracujemy w wieczory i weekendy – jeśli akurat wtedy odbywa się szkolenie, na którym musimy wykonać wizytę monitoringową. Jeśli więc komuś się wydaje, że w weekend można spać spokojnie, może się zdziwić. Nie znacie dnia, ani godziny, kiedy zawita do Was kontroler z MJWPU! Żartuję – kontrole są zazwyczaj uprzedzane, te planowe obowiązkowo z pięciodniowym wyprzedzeniem. Informujemy z reguły, choć nie mamy takiego obowiązku, także o doraźnych kontrolach.

Czyli nie jesteś złym policjantem, który tylko czyha na błąd beneficjenta?

Jak spojrzymy na to szerzej, wszyscy gramy do jednej bramki – chodzi o to, by projekty unijne były realizowane zgodnie z prawem, a środki efektywnie wydawane, by efekt zmian był możliwie najlepszy dla Mazowsza.

Budzicie postrach, zwłaszcza u tych beneficjentów, u których pojawiacie się pierwszy raz?

Każdy z beneficjentów ma u nas czystą kartę. Staramy się zadbać o dobrą atmosferę, by obniżyć napięcie i złe skojarzenia ze słowem „kontrola”. Bardzo dużo projektów przechodzi kontrolę wzorowo. Mamy sporo takich projektów, gdzie już na wejściu czeka na nas komplet dokumentów i segregatorów, a praca jest przyjemnością. Smutno nam się robi, kiedy widzimy ewidentne błędy i zaniedbania.

Często to się zdarza?

Nie za często. Jak wspomniałem wcześniej, większość kontroli wypada pozytywnie. Ale, jeśli miałbym określić to w procentach, to nie wiem, czy do 5% byśmy dobili. Aż tak nie śledzę wykrywanych nieprawidłowości w całym naszym wydziale. Zdarza się także, że jeździmy do tych samych beneficjentów, którzy już mieli jakieś błędy w projektach, i wtedy zwracamy uwagę, czy nie powtarzają się one w kolejnych. Ogólne moje wrażenie po ponad 6 latach pracy jest takie, że wiedza i doświadczenie beneficjentów znacznie wpłynęły na poprawność realizacji ich projektów.

Umiałbyś z tym doświadczeniem poprowadzić bezbłędnie projekt?

To chyba najtrudniejsze pytanie! Od strony formalnej – zgodności z przepisami prawa – pewnie tak, ale stresowałby mnie sam etap pisania wniosku, tego, czy mój pomysł niesie jakąś trwałą zmianę. Zadręczałbym się pytaniami, co można by zrobić lepiej, by w ramach tej samej puli środków osiągnąć jeszcze lepsze efekty.

Perfekcjonista? To chyba ważna cecha u kontrolera. Jakie jeszcze się przydają?

Pewnie skrupulatność, dobra pamięć, śledzenie na bieżąco przepisów. Ale tego można się nauczyć. Kluczowe w tym zawodzie zawsze będą miękkie kompetencje, pozwalające na dobrą współpracę z kontrolowanymi beneficjentami.

Odstresowuje Cię, niech zgadnę, muzyka?

Muzyczna sfera mojego życia jest odskocznią od pracy – i odwrotnie. Udaje mi się godzić pracę z intensywnymi próbami (cztery razy w tygodniu po cztery godziny), dlatego cieszę się, że mogę równolegle realizować się w obu obszarach. Poza tym mam wrażenie, że dzięki temu, że każdy z członków The Primes ma „normalną” pracę, możemy zachować muzyczną niezależność. Nie musimy chodzić na kompromisy, gramy to, co kochamy – w moim przypadku to rock’n’roll z The Primes i cięższa muzyka z Fractalem.

Kto Cię inspiruje muzycznie?

Cały przekrój, z klasyką na czele: The Beatles, The Doors, Led Zeppelin, Pink Floyd, Rolling Stones, Black Sabbath, Queens of the Stone Age, Arctic Monkeys.

Gdzie można Was posłuchać?

Graliśmy już w Jarocinie, Węgorzewie, podczas londyńskiego Independent Day, ale i… na ubiegłorocznym Forum Rozwoju Mazowsza. Regularnie koncertujemy w kameralnych klubach, zachęcam do śledzenia naszego profilu na Facebooku.

Rozmawiała Małgorzata Remisiewicz